23
lipca 2129
13.20
Mathias
siedział naprzeciwko hologramu wpatrując się w zmieniający
wysokość wskaźnik MSS. Jego mina wyrażała wielkie przerażenie,
ponieważ w tym miesiącu powiększyło się trzy razy.
Mathias
Brown ma dwadzieścia cztery lata, zamieszkuje Australię, państwo
otoczone przez wody. Pracuje w Organizacji Wzrostu MSS. Nie ma żony,
a jego rodzice z młodszym bratem zginęli w rodzinnym mieście w
Ameryce Południowej. Choć z pochodzenia jest Brazylijczykiem to
zakochał się w Australii. Organizacje z którymi współpracuje MSS
pokazały wiele pozytywnych cech tego kontynentu. Zobaczył podziemną
bazę, gdzie biuro jest dosłownie pod wodą, a okna z widokiem na
Oceaniczne głębie.
Mathias
widział wiele baz, od wojskowych do baz zajmujących się ochroną
biologiczną. Wiele rzeczy go zadziwiło i jeszcze wiele zadziwi.
Odwiedził każdy z możliwych do ujrzenia kontynentów, ponieważ
niektóre były w strefie skażenia.
Mathias
strasznie boi się śmierci przez skażenie. Jego starszy brat, który
uczył go większości rzeczy prawdopodobnie zakaził się, dzieciak
o rok młodszy zastępował mu ojca. Jako dziecko w wieku dziesięciu
lat odnalazł rodziców martwych w domu, ten widok zapisał się w
jego pamięci jak pieczęć, nawet teraz go pamięta. Matka z ojcem
leżeli na ziemi zmasakrowani, ich ciało gniło w szybkim tempie, w
klatce piersiowej matki tkwił kołek od stołu, a w głowie ojca
mieściła się rura od lampy, a przecież jakiś tydzień przed jego
ucieczką matka gotowała obiad, a ojciec pił piwo przed
telewizorem.
Poprawił
się na krześle, które skrzypnęło w proteście. Siedział tu już
około dwóch godzin i nadal w to nie wierzył, wszyscy specjaliści
mówili że wskaźnik będzie się tylko obniżał.
Po
chwili ktoś zapukał do drzwi i uchylił je lekko, by zerknąć do
środka.
22
lipca 2129
18.12
Ruszyła.
Piasek pod jej stopami chrzęszczał i skwierczał. Na jej wargach
osiadł pyłek, a ciepły wiatr wyruszył usta. Wdychając w pół
zarażone powietrze, biegła w stronę schronu. Wielki stalowy
budynek wyrastał z pod ściany piasku. Ciężkie, grube buty ciążyły
jej na nogach, a czerwony kombinezon ocierał uda i pachy, nie
wspominając o potrzebach fizjologicznych, które dawały o sobie
znak. Kiedy tylko dotarła do drzwi włączyła uszczelnienie, a do
pomieszczenia wlało się czyste powietrze.
- Luna,
gdzie masz maskę?- usłyszała gdy tylko weszła do środka. Za
jej plecami stał Mikołaj, dowodzący kolonią, najprawdopodobniej
widział całą scenę.
- Ja...To
znaczy, ona...- jąkała się nie potrafiąc prawidłowo złożyć
zdanie. Nie chciała mu mówić o jej bracie, który się skaził.
Gdy wyszła chciała zobaczuć jak czuje się jej zarażony brat,
ale to co zobaczyła trafiając do hotelu w którym został
przeraziło ją. Jej brat leżał na ziemi dysząc ciężko, a całe
pomieszczenie topiło się w ciemności i smrodzie zakażonego
powietrza, jeszcze wtedy miała maskę. Niespodziewanie z rogu
kuchni wyskoczyła jakaś kobieta i rzuciła się na Lunę. To było
straszne- pomyślała. Zarażona zdjęła jej maskę i kopnęła
pomiędzy rzebra, oddała jej ze zdwojoną siłą, choć mięśnie
brzucha odmówiły.
- Podejdź.
- powiedział Mikołaj wyciągając narzędzie do pomiaru skażenia
i podkładając je do ust Luny. Była przerażona, a jednocześnie
chciała się dowiedzieć o jej procencie skażenia. Przyrząd skażenia zapiszczał, a to znaczyć mogło tylko jedno.
Naukowcy
stwierdzili, że po upływie dwudziestu minut organizm poddaje się
zakażeniu. Luna biegła, więc szybciej oddychała, ale także była
bez maski około trzydziestu minut.
- Jesteś zakażona.- powiedział nie odrywając oczu od wskaźnika na którym
wyświetliło się czterdzieści dziewięć procent. Chłopak nie
wyobrażał sobie na jakie niebezpieczeństwo naraźa siebie i
innych przedłurzając pobyt obok Luny.
- Nie
rozumiem, nie mogę wziąć leku?- zapytała. Mikołaj tylko
pokręcił głową i spojrzał na nią oskarżycielsko.- Czemu?
Przecież...
- Jesteś
zarażona! Lek nie zadziała.- krzyknął i odwrócił się do niej
plecami jednocześnie masując kark.- Muszę zawiadomić Mostek.-
stwierdził po chwili milczenia.
- Co?
Ale oni mnie zabiją, albo...- próbowała bronić się Luna, lecz
jej protesty tylko pogorszą sprawę. Mikołaj wyciągnął telefon
z kieszeni, wybił numer i przyłożył do ucha.
- Witam,
mamy...mamy tu zarażoną...- cichutki głos przerwał mu
natychmiast jednym słowem. Twarz Mikołaja zbledła, a jego oczy
popędziły w stronę Luny. Chłopak wyłączył telefon, lecz się
nie poruszył, a jego wzrok wciąż spoczywał na dziewczynie.
Zapadła długa cisza, przerywana tylko stukotem piasku o szklane
drzwi bazy.
- Co
powiedział?- zapytała pełna nadziei, zgubnej nadziei- pomyślał
Mikołaj. Zrobiła krok w jego stronę, a on wykonał ruch, którego
nie spodziewałaby się z jego strony nigdy, podniósł w jej
kierunku broń. Przerażona cofnęła się.
- Przepraszam, ja...wybacz, ja
nie chcę...ja, oni...- zaczął się jąkać i wymachiwać lekko
bronią gestykulując, a jego wzrok padał na wszystko w około,
gdy skupił go na Lunie, której twarz moczyły drobne kropelki. Po
chwili ciszy Luna rzuciła się do drzwi, a Mikołaj przez jej
nagły ruch, nacisnął spust. Chłopak nigdy nie chybił, jego
ojciec uczył go od małego strzelania z broni radioaktywnej i
palnej. Miał bardzo dobre oko jak na dziecko.- Boże. Ja, nie
chciałem...nie miałem wyboru.- Upuścił broń, która uderzając
o ziemię wydała metaliczny hałas. Ręce trzęsły mu się, a po
chwili upadł na aluminiową posadzkę i zapłakał.
________________________________________________________________________
Wiem
kochani, że na początek tych emocji troszkę za dużo, ale muszę
was ostrzec, że to dopiero początek. Proszę was o zostawienie komentarza i zaobserwowanie, jeśli się wam spodoba :) Następny
rozdział postaram się wstawić za dwa tygodnie. Pozdrawiam was kochani :**