23 lipca 2129 13.30
Każdy, kto zna Mathiasa wie, jaki jest jego stosunek do otoczenia, zawsze przychodził do biura w przyzwoitym humorze i w zadbanym ubiorze. Cichy chłopak o nieznanej przeszłości i melancholijnych oczach, zamknięty w sobie dwudziesto-cztero latek, bez bliskich, czy przyjaciół. Jedyną znaną mu osobą, z którą często rozmawiał była LunaViki o cztery lata młodsza od niego. Choć wyjechała do Ameryki Południowej, czyli do MSS, gdzie teraz odbudowali bazę laboratoryjną, wciąż utrzymują kontakt. Poznali się około dziesięciu lat temu podczas sortowania pracowników i ich życiorysu, oboje z podobnych charakterem: nieufni, małorozmowni, lecz szczerzy. Można pomyśleć, że tacy jak oni nie mogliby się poznać, a jednak. Mathiasa zainteresowała osoba Luny.
Większość ludzi w tym wieku pomagają sobie, są otwarci na innych i cierpliwi, lecz są inni, którzy zamknięci w sobie nie zwracają uwagi na życie osób współtowarzyszących lub po prosu za bardzo się nim interesują.
Do biura, w którym Mathias pracuje, weszła-bez pukania- Natasza, jego współpracownik, przyniosła jak co dzień ankietę wraz z informacjami baz pośrednich między innymi ORP.
- Tu masz wszystko... Nie radzę ci się tak wpatrywać, masz kupę roboty.- powiedziała, klepiąc dłonią w okładkę ankiety. Uśmiechnęła się i ruszyła do drzwi.- Gdybyś mnie potrzebował...
- Wiem.- przyznał szybko, poprzedzając jej wywód o używaniu telefonu.- Dzięki.- szepnął, zanim Natasza wyszła i znów wbił tępo wzrok we wskaźnik. Skażenie powiększyło się od tygodnia o jakieś dwie setne procenta. Będzie musiał to uwzględnić w raporcie, nie może niczego pominąć, gdyby spadł w randze, wszyscy rzuciliby się na niego, prosząc o awans, na jego miejsce, a on nie lubił tłoku. Od dziecka był cichy. Kiedy był mały, matka zastanawiała się, czy nie jest chory. Pierwszy raz odezwał się w wieku pięciu lat, jego dzieciństwo było trudne z powodu jego choroby, Mathias z reguły był cholerykiem, był to też powód ucieczki z domu w wieku dziesięciu lat, dlatego też obwiniał się za śmierć rodziny, że właśnie wtedy, kiedy ojciec przyniósł do ich domu skażenie, on uciekał do lasu, żeby ulżyć im w pracy nad nim. Nienawidził się za to.
Resztę dnia miał z głowy, poświęcając go na podpisywaniu zatwierdzeń, ankiet i w końcu na spisywaniu raportu. Pod koniec pracy zadzwonił telefon.
Piątek 19 września 2086
16.58
Jak na Kazachstan dzisiejszego dnia jest zaskakująco zimno. Cristiano siedział z wnukiem przy kominku w starej chacie. Starzec opowiadał mu bajkę o trzech świnkach i wilku. Emeryt wiedział, że za niedługo wrócą jego rodzice, więc kładł malca do snu, choć ten w ogóle nie był śpiący, mimo to siedemdziesięcio-sześcio latek nie poddawał się.
Ostatni tydzień był dla niego bardzo ciężki. Co dzień pod wieczór, kiedy gasił światło, słyszał jęki tych potworów. Wciąż czekając na ratunek. Nagle usłyszał pukanie do drzwi, energiczne, coraz mocniejsze. Starzec wstał od materaca chłopca i pobiegł do drzwi. Gdy je otworzył, do środka wpadła jego córka, matka dziecka.
- Gdzie Gabryś?!- krzyknęła, odepchnęła Cristiano od drzwi i zatrzasnęła je mocno. Zaczęła przesuwać komodę w stronę drzwi, by zabarykadować wyjście.
- W pokoju...śpi.- odparł, ożywiony.- A gdzie Rafael?- zapytał, zaniepokojony zachowaniem córki. Dziewczyna zamilkła i stanęła jak słup soli. Rafael był zenciem Cristiano, może nie był idealny, ale kochał go jak syna.
- On... On został z...tymi...!- Dziewczyna ryknęła płaczem, a gdy trochę się uspokoiła, spojrzała na ojca.- Biegłam! Uciekałam przed Nimi! Goniły mnie, aż zgubiłam je na moście, ale nie przestałam biec! A Rafael zwolnił i powiedział, żebym...zaopiekowała się Gabrysiem.- powiedziała już spokojniej i rzuciła się w ramiona dziadka.- Ale...
- Ci...!- uciszył ją, gdy usłyszał ciche sapanie za drzwiami. Odsunął się od córki, dobywając noża, ale natychmiast zrezygnował i sięgnął po strzelbę. Zerknął za okno i ujrzał człowieka, a raczej jego pozostałości, mężczyzna czołgał się w stronę drzwi, Cristiano otworzył delikatnie okno i wysunął lufę na zewnątrz. Odbezpieczył broń i nacisnął spust, bez zastanowienia. Gdy tylko do niego strzelił, zza drzew wyszło pięciu innych.- Psiakrew!- Zdenerwowany, przeciągnął bezpiecznik i odwrócił się w stronę córki, której nie było za nim. Uspokajała ona Gabriela, który teraz skulony leżał pod kołdrą. Spojrzał w okno, były coraz bliżej. Po kolei zastrzelił wszystkich pięciu.- Już po wszystkim.- powiedział, obserwując podwórko.
Po całym zdarzeniu wszyscy troje położyli się na materace. Był to ich ostatni spokojny sen. Cristiano nie przewidział jednego, że jego córka będzie zarażona. Rano nie zbudziło go nic, zasnął on w wiecznym śnie, z którego powrócił tylko jak martwy, jako jeden z Nich.
_________________________________________________________________________________
Witam wszystkich bardzo serdecznie!
Przepraszam za moją długą nieobecność, lecz byłam zajęta nauką.
Co do trzeciego rozdziału jeszcze nie wiem kiedy się pojawi, ale spodziewajcie się go za może trzy tygodnie.
Pozdrawiam i proszę o komentarze.