poniedziałek, 24 listopada 2014

Rozdział 2


                                                                                                    23 lipca 2129                                                                                                              13.30 

   Każdy, kto zna Mathiasa wie, jaki jest jego stosunek do otoczenia, zawsze przychodził do biura w przyzwoitym humorze i w zadbanym ubiorze. Cichy chłopak o nieznanej przeszłości i melancholijnych oczach, zamknięty w sobie dwudziesto-cztero latek, bez bliskich, czy przyjaciół. Jedyną znaną mu osobą, z którą często rozmawiał była LunaViki o cztery lata młodsza od niego. Choć wyjechała do Ameryki Południowej, czyli do MSS, gdzie teraz odbudowali bazę laboratoryjną, wciąż utrzymują kontakt. Poznali się około dziesięciu lat temu podczas sortowania pracowników i ich życiorysu, oboje z podobnych charakterem: nieufni, małorozmowni, lecz szczerzy. Można pomyśleć, że tacy jak oni nie mogliby się poznać, a jednak. Mathiasa zainteresowała osoba Luny.
    Większość ludzi w tym wieku pomagają sobie, są otwarci na innych i cierpliwi, lecz są inni, którzy zamknięci w sobie nie zwracają uwagi na życie osób współtowarzyszących lub po prosu za bardzo się nim interesują.
   Do biura, w którym Mathias pracuje, weszła-bez pukania- Natasza, jego współpracownik, przyniosła jak co dzień ankietę wraz z informacjami baz pośrednich między innymi ORP.
   - Tu masz wszystko... Nie radzę ci się tak wpatrywać, masz kupę roboty.- powiedziała, klepiąc dłonią w okładkę ankiety. Uśmiechnęła się i ruszyła do drzwi.- Gdybyś mnie potrzebował...
   - Wiem.- przyznał szybko, poprzedzając jej wywód o używaniu telefonu.- Dzięki.- szepnął, zanim Natasza wyszła i znów wbił tępo wzrok we wskaźnik. Skażenie powiększyło się od tygodnia o jakieś dwie setne procenta. Będzie musiał to uwzględnić w raporcie, nie może niczego pominąć, gdyby spadł w randze, wszyscy rzuciliby się na niego, prosząc o awans, na jego miejsce, a on nie lubił tłoku. Od dziecka był cichy. Kiedy był mały, matka zastanawiała się, czy nie jest chory. Pierwszy raz odezwał się w wieku pięciu lat, jego dzieciństwo było trudne z powodu jego choroby, Mathias z reguły był cholerykiem, był to też powód ucieczki z domu w wieku dziesięciu lat, dlatego też obwiniał się za śmierć rodziny, że właśnie wtedy, kiedy ojciec przyniósł do ich domu skażenie, on uciekał do lasu, żeby ulżyć im w pracy nad nim. Nienawidził się za to.
   Resztę dnia miał z głowy, poświęcając go na podpisywaniu zatwierdzeń, ankiet i w końcu na spisywaniu raportu. Pod koniec pracy zadzwonił telefon.

                                                                                   Piątek 19 września 2086
                                                                                                           16.58

   Jak na Kazachstan dzisiejszego dnia jest zaskakująco zimno. Cristiano siedział z wnukiem przy kominku w starej chacie. Starzec opowiadał mu bajkę o trzech świnkach i wilku. Emeryt wiedział, że za niedługo wrócą jego rodzice, więc kładł malca do snu, choć ten w ogóle nie był śpiący, mimo to siedemdziesięcio-sześcio latek nie poddawał się.
   Ostatni tydzień był dla niego bardzo ciężki. Co dzień pod wieczór, kiedy gasił światło, słyszał jęki tych potworów. Wciąż czekając na ratunek. Nagle usłyszał pukanie do drzwi, energiczne, coraz mocniejsze. Starzec wstał od materaca chłopca i pobiegł do drzwi. Gdy je otworzył, do środka wpadła jego córka, matka dziecka.
   - Gdzie Gabryś?!- krzyknęła, odepchnęła Cristiano od drzwi i zatrzasnęła je mocno. Zaczęła przesuwać komodę w stronę drzwi, by zabarykadować wyjście.
   - W pokoju...śpi.- odparł, ożywiony.- A gdzie Rafael?- zapytał, zaniepokojony zachowaniem córki. Dziewczyna zamilkła i stanęła jak słup soli. Rafael był zenciem Cristiano, może nie był idealny, ale kochał go jak syna.
   - On... On został z...tymi...!- Dziewczyna ryknęła płaczem, a gdy trochę się uspokoiła, spojrzała na ojca.- Biegłam! Uciekałam przed Nimi! Goniły mnie, aż zgubiłam je na moście, ale nie przestałam biec! A Rafael zwolnił i powiedział, żebym...zaopiekowała się Gabrysiem.- powiedziała już spokojniej i rzuciła się w ramiona dziadka.- Ale...
   - Ci...!- uciszył ją, gdy usłyszał ciche sapanie za drzwiami. Odsunął się od córki, dobywając noża, ale natychmiast zrezygnował i sięgnął po strzelbę. Zerknął za okno i ujrzał człowieka, a raczej jego pozostałości, mężczyzna czołgał się w stronę drzwi, Cristiano otworzył delikatnie okno i wysunął lufę na zewnątrz. Odbezpieczył broń i nacisnął spust, bez zastanowienia. Gdy tylko do niego strzelił, zza drzew wyszło pięciu innych.- Psiakrew!- Zdenerwowany, przeciągnął bezpiecznik i odwrócił się w stronę córki, której nie było za nim. Uspokajała ona Gabriela, który teraz skulony leżał pod kołdrą. Spojrzał w okno, były coraz bliżej. Po kolei zastrzelił wszystkich pięciu.- Już po wszystkim.- powiedział, obserwując podwórko.
   Po całym zdarzeniu wszyscy troje położyli się na materace. Był to ich ostatni spokojny sen. Cristiano nie przewidział jednego, że jego córka będzie zarażona. Rano nie zbudziło go nic, zasnął on w wiecznym śnie, z którego powrócił tylko jak martwy, jako jeden z Nich.

 _________________________________________________________________________________

Witam wszystkich bardzo serdecznie!
Przepraszam za moją długą nieobecność, lecz byłam zajęta nauką.
Co do trzeciego rozdziału jeszcze nie wiem kiedy się pojawi, ale spodziewajcie się go za może trzy tygodnie.
Pozdrawiam i proszę o komentarze.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 1

23 lipca 2129
13.20

Mathias siedział naprzeciwko hologramu wpatrując się w zmieniający wysokość wskaźnik MSS. Jego mina wyrażała wielkie przerażenie, ponieważ w tym miesiącu powiększyło się trzy razy.
Mathias Brown ma dwadzieścia cztery lata, zamieszkuje Australię, państwo otoczone przez wody. Pracuje w Organizacji Wzrostu MSS. Nie ma żony, a jego rodzice z młodszym bratem zginęli w rodzinnym mieście w Ameryce Południowej. Choć z pochodzenia jest Brazylijczykiem to zakochał się w Australii. Organizacje z którymi współpracuje MSS pokazały wiele pozytywnych cech tego kontynentu. Zobaczył podziemną bazę, gdzie biuro jest dosłownie pod wodą, a okna z widokiem na Oceaniczne głębie.
Mathias widział wiele baz, od wojskowych do baz zajmujących się ochroną biologiczną. Wiele rzeczy go zadziwiło i jeszcze wiele zadziwi. Odwiedził każdy z możliwych do ujrzenia kontynentów, ponieważ niektóre były w strefie skażenia.
Mathias strasznie boi się śmierci przez skażenie. Jego starszy brat, który uczył go większości rzeczy prawdopodobnie zakaził się, dzieciak o rok młodszy zastępował mu ojca. Jako dziecko w wieku dziesięciu lat odnalazł rodziców martwych w domu, ten widok zapisał się w jego pamięci jak pieczęć, nawet teraz go pamięta. Matka z ojcem leżeli na ziemi zmasakrowani, ich ciało gniło w szybkim tempie, w klatce piersiowej matki tkwił kołek od stołu, a w głowie ojca mieściła się rura od lampy, a przecież jakiś tydzień przed jego ucieczką matka gotowała obiad, a ojciec pił piwo przed telewizorem.
Poprawił się na krześle, które skrzypnęło w proteście. Siedział tu już około dwóch godzin i nadal w to nie wierzył, wszyscy specjaliści mówili że wskaźnik będzie się tylko obniżał.
Po chwili ktoś zapukał do drzwi i uchylił je lekko, by zerknąć do środka.

22 lipca 2129
18.12

Ruszyła. Piasek pod jej stopami chrzęszczał i skwierczał. Na jej wargach osiadł pyłek, a ciepły wiatr wyruszył usta. Wdychając w pół zarażone powietrze, biegła w stronę schronu. Wielki stalowy budynek wyrastał z pod ściany piasku. Ciężkie, grube buty ciążyły jej na nogach, a czerwony kombinezon ocierał uda i pachy, nie wspominając o potrzebach fizjologicznych, które dawały o sobie znak. Kiedy tylko dotarła do drzwi włączyła uszczelnienie, a do pomieszczenia wlało się czyste powietrze.
   - Luna, gdzie masz maskę?- usłyszała gdy tylko weszła do środka. Za jej plecami stał Mikołaj, dowodzący kolonią, najprawdopodobniej widział całą scenę. 
   - Ja...To znaczy, ona...- jąkała się nie potrafiąc prawidłowo złożyć zdanie. Nie chciała mu mówić o jej bracie, który się skaził. Gdy wyszła chciała zobaczuć jak czuje się jej zarażony brat, ale to co zobaczyła trafiając do hotelu w którym został przeraziło ją. Jej brat leżał na ziemi dysząc ciężko, a całe pomieszczenie topiło się w ciemności i smrodzie zakażonego powietrza, jeszcze wtedy miała maskę. Niespodziewanie z rogu kuchni wyskoczyła jakaś kobieta i rzuciła się na Lunę. To było straszne- pomyślała. Zarażona zdjęła jej maskę i kopnęła pomiędzy rzebra, oddała jej ze zdwojoną siłą, choć mięśnie brzucha odmówiły.
   - Podejdź. - powiedział Mikołaj wyciągając narzędzie do pomiaru skażenia i podkładając je do ust Luny. Była przerażona, a jednocześnie chciała się dowiedzieć o jej procencie skażenia. Przyrząd skażenia zapiszczał, a to znaczyć mogło tylko jedno.
   Naukowcy stwierdzili, że po upływie dwudziestu minut organizm poddaje się zakażeniu. Luna biegła, więc szybciej oddychała, ale także była bez maski około trzydziestu minut.
   - Jesteś zakażona.- powiedział nie odrywając oczu od wskaźnika na którym wyświetliło się czterdzieści dziewięć procent. Chłopak nie wyobrażał sobie na jakie niebezpieczeństwo naraźa siebie i innych przedłurzając pobyt obok Luny.  
   - Nie rozumiem, nie mogę wziąć leku?- zapytała. Mikołaj tylko pokręcił głową i spojrzał na nią oskarżycielsko.- Czemu? Przecież...
   - Jesteś zarażona! Lek nie zadziała.- krzyknął i odwrócił się do niej plecami jednocześnie masując kark.- Muszę zawiadomić Mostek.- stwierdził po chwili milczenia.  
   - Co? Ale oni mnie zabiją, albo...- próbowała bronić się Luna, lecz jej protesty tylko pogorszą sprawę. Mikołaj wyciągnął telefon z kieszeni, wybił numer i przyłożył do ucha.
   - Witam, mamy...mamy tu zarażoną...- cichutki głos przerwał mu natychmiast jednym słowem. Twarz Mikołaja zbledła, a jego oczy popędziły w stronę Luny. Chłopak wyłączył telefon, lecz się nie poruszył, a jego wzrok wciąż spoczywał na dziewczynie. Zapadła długa cisza, przerywana tylko stukotem piasku o szklane drzwi bazy. 
   - Co powiedział?- zapytała pełna nadziei, zgubnej nadziei- pomyślał Mikołaj. Zrobiła krok w jego stronę, a on wykonał ruch, którego nie spodziewałaby się z jego strony nigdy, podniósł w jej kierunku broń. Przerażona cofnęła się.  
   - Przepraszam, ja...wybacz, ja nie chcę...ja, oni...- zaczął się jąkać i wymachiwać lekko bronią gestykulując, a jego wzrok padał na wszystko w około, gdy skupił go na Lunie, której twarz moczyły drobne kropelki. Po chwili ciszy Luna rzuciła się do drzwi, a Mikołaj przez jej nagły ruch, nacisnął spust. Chłopak nigdy nie chybił, jego ojciec uczył go od małego strzelania z broni radioaktywnej i palnej. Miał bardzo dobre oko jak na dziecko.- Boże. Ja, nie chciałem...nie miałem wyboru.- Upuścił broń, która uderzając o ziemię wydała metaliczny hałas. Ręce trzęsły mu się, a po chwili upadł na aluminiową posadzkę i zapłakał.
________________________________________________________________________
    Wiem kochani, że na początek tych emocji troszkę za dużo, ale muszę was ostrzec, że to dopiero początek. Proszę was o zostawienie komentarza i zaobserwowanie, jeśli się wam spodoba :) Następny rozdział postaram się wstawić za dwa tygodnie. Pozdrawiam was kochani :**

środa, 23 lipca 2014

Prolog

   Jest rok 2129 n.e. Ludzie rozwijają się. Każdy krok to coś nowego. Jest coraz więcej wynalazków i nowości. Medycyna stała się bardziej przydatna i wydatna. Biznes i ekonomia rozwinęły się bardzo szybko pomiędzy krajami. Szpitale stały się opustoszałe. Jak i muzea. Powstały różnego rodzaju ośrodki, m.in. ośrodek morski, ośrodek powietrzny. W każdym z nich ludzie zgłębiali wiedzę o zamieszkujących tam zwierzętach i składach cząsteczkowych. Zaczęto tworzyć energię z promieni słonecznych, wody i powietrza.
   W takim świecie nie widzi się wad, ale nic nie jest bardziej zgubne.Wraz z nowymi pomysłami i wynalazkami powstały duże problemy z botaniką i zwierzętami. Wszelkiego rodzaju ssaki, płazy czy ptaki należą do gatunków zagrożonych wyginięciem, a roślinność prawie wyginęła. Powstały *ORP, choć jest ich dość mało. Najgorszą wiadomością jest to, że prawie czterdzieści siedem procent planety to **MSS. Choć pięćdziesiąt trzy procent to strefa życia, to wskaźnik skażenia wciąż rośnie. W MSS żyją ludzie, ale jest ich bardzo mała garstka, około dziesięciu procent z wszystkich ludzi. Zapytacie, jak to możliwe? Po prostu, ich skóra nie ma styczności ze skażeniem, posiadają skafandry lub osiedlili się w jakimś ośrodku podziemnym. ***Skażeni ludzie umierają lub łączą się z wirusem, który wzmacnia agresywność, człowiek nie panuje nad gniewem i atakuje wszelkie żywe stworzenia. Nie czuje głodu, tylko złość wściekłość. Gdy skażenie połączy się z krwią, człowiek zaczyna gnić, kości próchnieją, a skóra suszy się jak pumeks. 
   Zakażenie to najgorsza śmierć, jaką możesz sobie wyobrazić, gorsze od tortur, śmierci z powodu powolnej choroby, czy na skutek wypadku.

   Teraz masz wybór, możesz zrezygnować z wgłębiania się w to "Piekło na ziemi", lub brnąć dalej, zwiększając swój lęk. Zdecyduj.




*ORP - ośrodki ratunku przyrody

**MSS - martwa strefa skażenia

***Skażeni ludzie – tu chodzi o skażenie, które powstało w roku 2068r. Kiedy ludzie rozwijając się, skazili naturę. Później niejaki Olivier zebrał grupę, która sprzeciwiła się ośrodkom i fabrykom. c.d.n.

___________________________________________________________________________________

   Cześć wszystkim, mam nadzieję że was zaciekawiłam tym ledwie skrawkiem, może nie jest duży, lecz przedstawia większość tego co chciałam napisać. Oczywiście poprzedzam pytania, "Nie to nie będzie opowieść o zombie". Pozdrawiam i zapraszam do komentowania :*